bluebeleczka pisze:annoush pisze: Są jednak tacy ludzie, którzy wyjeżdżają tylko po to, by "ułatwić" sobie życie, nie jest im dobrze w innym kraju, krzywią się na inną kulturę czy język, twierdzą, że naród głupi, ale mimo to w nim żyją
tego wlasnie i ja zrozumiec nie moge.
nigdzie nie jest idealnie, nie wszystko musi nam sie podobac, ale....wiecej tolerancji i szacunku, niekiedy.
Właśnie o to mi chodzi. Nawet jeśli ktoś emigruje wyłącznie w celach zarobkowych, to powinien szanować kraj, który daje mu możliwość lepszego zarobkowania.
Idąc do kogoś w gości, też raczej nie mówimy gospodarzowi, że ma paskudny kolor ścian w przedpokoju, jego dania są niezjadliwe, żona głupia, a dzieci upierdliwe. Jeśli nie podoba nam się takie otoczenie i towarzystwo, to nie musimy odwiedzać go w domu.
Mamy XXI wiek, nikt nikogo z Polski nie wygania, nie mamy tam prześladowań politycznych czy religijnych, a część ludzi żyjących na emigracji robi z siebie "cierpiętników na wygnaniu"... Jak już wcześniej dziewczyny zauważyły, w Polsce też można godnie żyć i realizować się, więc skoro komuś źle na emigracji, to przecież nic go tam siłą nie trzyma. I to wcale nie znaczy, że taka osoba ma podwinąć ogon i wrócić do Polski, żeby pracować na kasie w Biedronce. Coraz bardziej popularny staje się telecommuting, czyli praca na odległość, z domu, wiele firm współpracuje z freelancerami rozsianymi po całym świecie, więc żyjąc w Polsce też możemy zarabiać powyżej średniej krajowej, robiąc coś, co lubimy.
bluebeleczka pisze:czesto mysle czy takie niustanne psioczenie na system, kulture itp; to nie jest reakcja na flustracje spowodowana tym ze nie jestem u siebie, ze czujemy sie obco, ze nie mozemy sie dopasowac lub boimy sie odrzucenia w obcym otoczeniu.
Bardzo możliwe. Ale myślę, że to od nas samych zależy, czy na emigracji będziemy czuli się jak u siebie czy zupełnie obco. Większość cywilizowanych krajów jest otwarta na emigrantów, ale część emigrantów przeżywa "szok kulturowy" i separuje się od innej kultury. Nie rozumiem ludzi, którzy żyją na emigracji w swoich enklawach, nie poznają kultury i języka, oglądają tylko swoją telewizję, itp. Nie dziwne, że potem wychodzą na ulicę i czują się obco. Oczywiście nie chodzi mi o to, żeby wyjechać i zasymilować się do tego stopnia, żeby zapomnieć o swoich korzeniach, na wszystko można znaleźć złoty środek.
bluebeleczka, pisałaś kiedyś, że chciałabyś robić tłumaczenia dla policji. Będziesz zdawała DiPSI?
Poli pisze:dania to mala komuna i mowie to ze 200% przekonaniem. Przyjezdzajac z Polski, gdzie mozliwe jest prawie wszytsko , dziury w ustawach itd, trafilam do kraju, gdzie wszystko jest tak zorganizowane i obmyślone , ze szok
Z jednej strony jest to dobrze, bo ludzie tutaj nie kombinuja , zreszta dunczykom do szczescia nie jest potrzebne wiele, nie maja takich wymagan od zycia jak my Polacy.
Ale za to ten system powoduje, ze naprawde czuje sie bezpieczna w tym kraju i wiem, ze panstwo dba o mnie
Mieszkałam kiedyś koło Svendborga, podobało mi się tam, wszystko takie poukładane, zadbane, na ulicach czyściutko, no i bardzo spokojnie, aż za bardzo, ale dzięki temu bezpiecznie. Pamiętam jeszcze, jak powiedzieć jeg elsker dig, a to było naprawdę laaata temu
Poli pisze:Mi zyje sie lepiej w dani i dlatego tu jestem , jak przyjezdzam do Polski, to mam juz dosc, jak pojde na poczte, albo do urzedu , chce wracac

Za granicą panuje zasada "klient nasz pan", w Polsce zależy na kogo trafimy... mnie kilka razy spotkała miła niespodzianka.
Niektórzy uważają, że nie muszą być uprzejmi, skoro zarabiają marne grosze (kolejny przykład "cierpiętników").
Jeśli o mnie chodzi, w USA podoba mi się system sprawiedliwości (surowe prawo, w którym nie ma litości dla przestępców) i system edukacji (część przedmiotów obowiązkowa, część do wyboru, wedle zainteresowań). Trochę sceptycznie podchodzę do braku obowiązku szkolnego - tutaj to rodzice decydują, czy dziecko idzie do szkoły czy uczy się w domu. Ale wielu takich domorosłych uczniów idzie potem na uniwersytety, więc coś takiego też się sprawdza. Edukacja do końca szkoły średniej jest bezpłatna, a uczniowie dostają książki ze szkoły.
Chyba największe wrażenie robi na mnie uczciwość Amerykanów (z wyjątkiem Berniego Madoffa

) np. w sklepach, zamiast czekać w kolejce do kasy, można się samemu skasować, kody kreskowe na czytnik, a potem płatność kartą lub gotówką. Czy coś takiego sprawdziłoby się w Polsce?
Natomiast tragedia jest z systemem zdrowotnym, a właściwie z ubezpieczeniami zdrowotnymi, bo szpitale są zaopatrzone, lekarzy nie brakuje, tylko mało kogo stać na leczenie. Tu pracodawca pokrywa połowę ubezpieczenia, resztę płacimy sami, a koszt ubezpieczenia to od kilkuset do kilku tys. dolarów miesięcznie, w zależności od zakresu ubezpieczenia, wieku, nałogów, przebytych chorób pacjenta czy ryzyka zachorowania na coś poważniejszego. Nowy prezydent chce coś z tym fantem zrobić. Podobno najlepszy na świecie system zdrowotny jest we Francji?
Fajnie byłoby, gdybyśmy w temacie o emigracji mogli rozmawiać o emigracji, a nie tylko o pogodzie...

Może przyłączą się ci, którzy jeszcze się nie wypowiadali, na forum jest mnóstwo osób mieszkających za granicą, a ciekawie byłoby poznać opinie i doświadczenia innych
