Post
autor: she » 11 maja 2005, 19:34
I jeszcze jedno.Tak ,jak pisala Sugar- wolalabym byc brzydsza i pogodzona sama ze sobą.W sumie najwazniejsze jest to,by siebie zaakceptowac. To podobno jest bardziej apetyczne w kobiecie niz piękno,którego jesteśmy niepewne,przez co w ogole jestesmy malo pewne siebie.
Bo ja sobie to tak wyobrazam,ze ktoś,kto akceptuje siebie do konca,ktos,kto jest pogodzony sam ze sobą- jest szczesliwy.A taka piękność,ktora mimo wszystko nie wierzy w siebie i w swój urok,pięknosć,nie akceptująca siebie do konca- nie moze byc chyba szczesliwa.Dlatego wiec wolalbym byc chyba tą brzydszą,ale siebie w pełni lubic,o ile jest to w ogole możliwe.
Z tym jest jednak problem,bo za cholere nie potrafie zaakceptowac siebie do konca:( Nie byłoby mnie tu,gdybym w pełni kochala swoje cialo:( CZasami próbuje sobie przetłumaczyć,ze przecież ten nowy nos nie spowoduje,ze rozwiąża się moje problemy i zycie nabierze kolorów.Ale z obserwacji siebie wiem,ze nic nie jest w stanie odwieźć mnie od postanowienia,ze operacje zrobie.
A wracając do wątku o samoakceptacji i szczesciu-zastanawiam sie, czy w ogole istnieją osoby,ktore akceptują siebie tzn swoje cialo do konca? Bo spotkałam ludzi,którzy mówią,ze ciało nie ma dla nich żadnego znaczenia i po prostu o nie nie dbają, zastanawiam się jednak,czy w środku, czy wewnątrz do końca wierzą w to ,co mówią? i czy rzeczywiscie mozna siebie w pełni zaakceptowac? tym bardziej,kiedy świat dzisiejszy jest tak brutalny wobec wymagań co do ludzkiej urody:(
she