Widzę,że rozmawiacie na nurtujący mnie temat.
Zastanawiam się nad wyjazdem od jakiegoś czasu.Mam dość swojego miasta,zaczynam go nienawidzić z całego serca.
Ciągle te same miejsca,ulice,sklepy,twarze.Nic się nie zmienia,mam poczucie nieustającego -Dnia Świstaka-.
A tak bardzo kocham zamiany.
Tylko przyznam szczerze,że brak mi odwagi.Im jestem starsza,tym bardziej zachowawcza.
Może dlatego,że w Polsce nic mnie nie uwiera w sumie,materialnie żyje mi się dobrze.
Mam obawę,że wyjazd pogorszy znacznie ten stan.Nie będzie samochodów,własnego domu,za to jakaś gówniana praca z miotłą w roli głównej.

I wynajmowana klitka z kilkoma osobami na spółkę.
Człowiek z czasem przywyka do wygód.
Najgorsze to,że wiem gdzie chcę mieszkać(Nowy Jork),ale trudno mi zrealizować ten plan.Za dużo szarpaniny ze stałym pobytem.Nie jestem gotowa na to w tej chwili.Z drugiej strony,jak nie teraz-to kiedy?Jak będę miała np.40 lat?
Trudny orzech do zgryzienia.
Pomyślałam,że wybiorę się gdzieś bliżej,do Europy.Kraje południowe odpadają.
Do tego jedynym językiem ,którym posługuję się b.dobrze jest angielski,więc nie mam wielkiego wyboru.
albo Wlk.Brytania albo Skandynawia(ale wiadomo,że tam ,,na angielskim'' długo się nie pociągnie).
Tak sobie dumam i dumam,zbieram informacje od znajomych i z tego co słyszę,to jest coraz gorzej.
Niedawno na wyjazd do Londynu zdecydowała się moja koleżanka.
W Polsce skończyła dwa kierunki,pracowała kilka lat jako kierowniczka w banku.Dobrze zarabiała.
Ale po zerwaniu z facetem,chciała diametralnie zmienić swoje życie.Kupiła bilet i poleciała w ciemno.
Kilka dni temu wróciła.

Średnio zadowolona,nie mogła znaleźć żadnej ciekawej pracy,zaczepiła się w hotelu jako pokojówka.Pensja groszowa,do tego fatalne warunki mieszkaniowe-z kilkoma osobami w jednym pokoju(!!!).
Tak skończyła się jej przygoda,już nie chce tam wracać.Jej stołek w banku,oczywiście,zajął już ktoś inny.
została z przysłowiową ręką w nocniku.
Takie historie dają mi do myślenia i mnie przerażają po prostu.
Nie wiem czy ryzykować,postawić wszystko an jedną kartę czy siedzieć cicho na tyłku,i dziękować za to co mam?
Choć,znając siebie,mój -Dzień Świstaka- będzie musiał się skończyć,bo wcześniej chyba skończę sama ze sobą.
A Wy,emigrantki -żałujecie czy nie?
Life is a journey,not a destination.