mamma, a ja znow jakies dziwne sny ...
snil mi sie moj mlodszy o jakies 7 lat kolega z ktorym zaczelam organizowac rockandrollowe koncerty jak wrocilam do polski. on tez basista - bardzo wysoki, przystojny i fajny chlopak. zawsze go postrzegalam jako "malolata" - inteligentnego i madrego ale jednak malolata. no i w tym snie gralismy koncert w stodole (taki klub w wawie) - jego zespol, moj zespol i jeszcze jacys szwedzi. przy okazji calosc organizowalismy i wogole spalismy w klubie na karimatach w spiworach w jakis palacowych pomieszczeniach. bo stodola byla sporo wieksza niz na jawie.
jego kapela byla taka niemiecko-punkowa (w rzeczywistosci zupelnie inny styl), ci szwedzi tacy ni to punkrockowcy, ni to rockersi ni to deathrockowcy, moja oldschoolowo rockowo-punkowo-bauhausowa.
trudno mi sie bylo przebrac w cos fajnego i jakos sie z tym motalam ciagle, jedlismy rybe smazona jego produkcji wielka i pyszna.
ale najgorsze bylo to ze sie w nim zabujalam a on mi dal mi kosza. powiedzial ze nie dorownuje mu ani sila, ani wytrzymaloscia, ani technika gry ani poziomem intelektualnym i zupelnie do siebie nie pasujemy.
sila i wytrzymaloscia to rozumiem ale jesli chodzi o reszte to eghmm
jutro sie widzimy, ciekawe czy bedzie mi dziwnie





