w ciąży byłam szczęśliwa, ale chyba jeszcze nie kochałam tego dziecka, agnostycy tak mają, że póki nie zobaczą to nie uwierzą/nie pokochaja. chociaż i z tym nie było do końca tak...miałam umówioną cesarke, bo też nie wyobrazałam sobie porodu, a najbardziej obawiałam się komplikacji okołoporodowych, czyli ewentualnego niedotlenienia i w konsekwencji porażenia mózgowego...
okazało sie/po wybudzeniu z narkozy, że dziecko nie leży przy mnie, a mąż stoi nade mną z niewyrazną miną...dzidziuś dostał tylko 5 pkt w skali Apgar/mimo cesary/ i jest w inkubatorze z rurą w gardle... nie widziałam córci do końca dnia i całą noc. a kiedy już zobaczyłam to nie wiedziałam co czuć...to było bardzo dziwne nie do opisania i nawet już tego za dobrze nie pamiętam. na ręce wziełam ją w czwartej dobie życia. nie umiałam karmić, mało pokarmu, ale siedziałam tak z nią sparaliżowana, po 2 h przy jednej piersi, które były zmasakrowane...po powrocie do domu, też jakoś nie mogłam się z nią oswoić. bałam sie. kiedy moja mama powiedziała do mnie: 'pogłaszcz ją po główce', kiedy płakała, to do mnie dopiero dotarło, że tak można! byłam taka otępiała...
kiedy mała miała 10 miesiecy i było już widomo, ze się świetnie rozwija, a najgorszym skutkiem niedotlenienia może być dysleksja w przyszłosci, dowiedzialam się, że pediatra obecna przy porodzie powiedziała mężowi, że ma być gotowy na śmierć dziecka.. .dobrze, że o tym nie wiedziałam.
trochę sie rozpisałam, ale wracając do tematu to ja także miałam ogromną blokadę, bo nie umiałam sobie wyobrazić swojego dziecka...dziecko to taki mały ludzik i tyle, ale własne dziecko to zupełnie co innego, niestety trudno to sobie uzmysłowić.
no i dzień porodu to w moim przypadku zdecydowanie nie był najpiękniejszy dzień w życiu. na szczęście wszystko jest dobrze, a moja córka to debeściara!
a z tym, że małe dziecko to nie tylko radość, to trzeba się liczyć.








