no sie wreszcie rozpakowałam. Ulli, mię wisi kurs survivalu, ja tak kombinuję, jak by sie tu do Londynu szybko z powrotem wkręcic. Znam sensowność działania urzędów pracy. Z wielkim trudem się na kurs grafiki komputerowej wkreciłam , bedąc swego czasu bezrobotna.
Ale jakby bezrobotnych do Londynu wysyłali, to ja bym w ten mig

Eksperymentalny projekt np. unijny pt." mozliwości kobiet 40+ w przyswajaniu sobie obcego języka i środowiska"
Wracając do nabytków. Na Portobello kupiłam tylko skromne kolczyki z masy perłowej, bo już mię wyrzuty sumienia meczyły na okolicznośc mnóstwa wydanej kasy. Obkupiłam sie w majtki, skarpety, legginsy. Podkoszulki we wszystkich kolorach. Buty.(same zdrowotne, cześc z outletu Clarksa) Inne outlety też przelaciałam./ Jak się ogarne to coś obfocę.
Zobaczyłam dużo, ale miałam dobrego przewodnika w postaci córki, która przeciez siedzi tam parę lat. Jak sie samemu w Londynie ląduje, to szanse na sensowne zakupy są niewielkie.
A, byłam w teatrze muzycznym na West Endzie. Na musicalu do muzyki Queen.
Ale nie napisałam nic o głównym powodzie mojego tam pobytu, czyli uroczystym wręczeniu dyplomów na uczelni. Wiecie, to zupełnie cos innego niz u nas. U nas piszesz pracę , bronisz, czyli idziesz na komisje, po jakimś czasie odnierasz papiór z dziekanatu i kopa w de.
Tam jest to duza uroczystośc. Przychodzą całe rodziny (takich "dwójek" jak my z małzonem było zaledwie parę). Z dziecmi. Z babciami !!!! Z jakimiś pociotkami. Wyslę Wam zbiorówke z ceremonii przy okazji. Studiuja ludzie z wszystkich kontynentów. Cześć rodzim przychodzi w strojach tradycyjnych. No, bajka. Widziałam afrykańczyka w porcietach (długich) z bialej koronki. Żadne gejostwo, taki miał strój galowy. Do tego tunikę (tez koronkową). Fant5astycznie kolorowe afrykańskie kobiety i jeszcze bardziej kolorowe ich stroje (lub całkiem kuso jak na dyskoteke a nie jak na uczelniana uroczystość) . Tradycyjne hinduski. I pakistanki/muzułmanki w chustach. Najpierw fotografowałam to wszystko ukradkiem. Ale jak mnie ciemny facet poprosił o ustawienie sie do zdjęcia z córka, to sie przestałam czaić i tez robiłam. Część wykładowców wykazuje sie pełnym zrozumieniem sytuacji i też pozuje do fot. Sama ceremonia idzie sprawne. Wywołują po nazwisku. Idzie przed profesorskim audytorium taki wężyk studentów i doktorantów (trafia sie nawet doktor Honoris Causa - honoris koza jak mówią anglicy). A że studenci z całego świata, to nazwisk nikt nie jest się w stanie domyslic oprócz zainteresowanego. W zyciu by mi nie przyszło do głowy, że moje nazwisko da sie wogóle tak wymówić. Wszystko to w tych togach i beretkach na głowach, co je w szkolnej toalecie mamy pomagaja studentkom upinać, niezaleznie od koloru.(skóry). Śmieszne to jest. Stoimy w toalecie przed lustrami. Ja, jakieś mulatki, jakies azjatki. Jedna mama popatruje na druga i wspólnie usiłujemy te kwadratowe czapki córkom do włosów poprzypinac

Mając na uwadze angielska pogodę (i słusznie, bo tam faktycznie stale pada; przelotnie, fakt, ale jakos tak ciagle) cała ceremonia miała miejsce w namiocie ustawionym na dziedzińcu. Zorganizowane dobrze. Ruchem kierują studenci. Bez zbednego gadulstwa, bo część rodzin nie zna angielskiego, wieć trza się porozumiewać sensownie, krótko, ale niekoniecznie na migi. Przy jakiś pamiatkowych napisach czy innych takich zawsze stoi facet, który zrobi całej rodzinie wspólna fote i pokieruje ruchem chętnych do fotografii. Tak że mimo tłumu wszystko idzie w miare sprawnie.
Potem poczestunek na dziedzińcu. Tło piekne. Szacowna archoitektura. Zreszta nawet współczesna architektura ang. jest jakaś taka szacowna. No i w tych szacownościach każdy dostaje po jednym ciastku i jednym drinku. Pod warunkiem, że znajdzie stosowna kartkę. Moja córka gdzieś zapodziała swoja i żadna toga i papiór w rece nie przekonał "przydzielaczy ciastek", że jest absolwentka i ciacho+ drink jej sie należy. (nasze karki były, więc już mieliśmy w łapkach swoje driny). Na szczęście znalazła ten cenny kwit, bo byłby to niemiły zgrzyt. Co jeszcze? Uniwersytet mozna zwiedzac przed uroczystością. Maluchy lataja. Babcie jeżdzą na wózkach. Wszyscy robia foty.
A, jest jeszcze jedna rzecz której u nas nie ma. W momencie wreczenia dyplomy danemu aksolwentowi (głosno czytaja nazwiska, więc cały namiot słyszy, nie szkodzi, że zniekształcone) grupa towarzysząca absolwentowi podnosi doping jak na meczu piłki nożnej. Szczególnie murzyni emocjonalnie podskakuja i krzyczą.
Ale was wynudziłam. Nie umiem krócej o Londynie gadać