Post
autor: majamajamaja » 31 mar 2009, 20:42
wiecie, tez tkwilam w takich dwoch zwiazkach, czy romansach, czy jak to tam nazwac. Nic mi tu nie pasuje, bo zwiazek, to to nie jest, a wyrazenie romans przepowiada ciag dalszy.
W kazdym razie w obu przypadkach bylo jasne, ze oboje nie chcemy nic na przyszlosc, i nie chcemy sie w sobie zakochiwac. Za pierwszym razem on sie wciagnal juz po jakims miesiacu. Zorientowalam sie, kiedy mi (a raczej sobie) znienacka zaczal tlumaczyc, dlaczego nasz zwiazek nie mialby szans na przyszlosc. Ale zawalczyl z soba. I wygral. Ja sie nad tym nie za duzo zastanawialam. Po poltora roku to ja sie w nim zakochalam. I on wtedy swoimi chlodnymi metodami probowal wplynac podobnie na mnie. Byl starszy ode mnie, wiec moze i mial w tym juz doswiadczenie. Na jakiejs imprezie popilam z tych emocji, poryczalam sie, ze nikt mnie nie kocha, a nastepnego dnia bylam sobie wdzieczna, ze wreszcie przejrzalam. Zerwalam i poczulam sie lekko i czysto. Do dzisiaj pozostal mi niesmak. Wcale tak nie chcialam, ale juz tak wyszlo: niesmak. A przeciez dobrze sie nawzajem traktowalismy. Nie wiem, gdzie on teraz jest i nic mnie to nie obchodzi.
Drugi raz tez sie po pewnym czasie zakochalam, mocno, mocno... on byl uroczy i romantyczny. Rozmowilismy sie, a ja wyprowadzilam sie 400 km dalej (nie z jego powodu!)
Wiecie co? Wtedy poczul, ze juz za nim nie jestem i zakochal sie na calego. Sorry: wiadomo faceci. Jakie mielismy gorace i dluugie rozmowy telefoniczne...
Ale we mnie powstala taka neutralna przestrzen. Duzo powsciagliwosci.
I chyba jeszcze musialam sie na nim odegrac za to moje rozgoraczkowane zakochanie, ktorego on byl przyczyna i zdawal sobie w pelni sprawe, co sie kiedys ze mna dzialo.
Uff... teraz mam czystsze sumienie ;-)
15 kwietnia 2009 - Brzuchanski, powieki