Post
autor: Eddieve » 24 sie 2006, 12:16
Co do tej zdrady w męskich genach, której nie ma... :?
Może precyzyjniej: bo nie o zdradę w genach chodzi, a o predyspozycje do zdrady. Jest różnica.
A predyspozycje do zdrady ma każdy mężczyzna, bez wyjątku.
Można tkwić w błogim przekonaniu, że mężczyźni "tacy nie są", a już na pewno: "nie mój mąż". Ale ignorować geny i to, że decydują o tychże predyspozycjach, to odrzucać teorie ewolucji, zaprzeczać temu, że człowiek dźwiga ze sobą atawistyczny bagaż potrzeb przedłużenia gatunku, lęków przed samounicestwieniem. One nie muszą być świadome ( uświadomione ), zresztą, najczęściej nie są. Ale tkwią głęboko i odzywają się ZAWSZE, gdy na drodze staje okazja do przekazania genów.
A jak staje, to...staje.
ALE...człowiek to nie tylko geny. Jest ewolucja, jest też cywilizacja. Mężczyzna ( również ) jest istotą rozumną i ukształtowaną kulturowo, społecznie. Nie podąża wyłącznie śladem swoich naturalnych potrzeb niższego rzędu ( a potrzeby seksualne są właśnie z tej dolnej półki ). Mimo, że są silne, potrafi się nim oprzeć, jeśli zdrada swojej partnerki jest złamaniem zasad, które wyznaje, a jego system wartości jest stabilny i raczej niezmienny.
To jak u nas z fajową kiecką na wystawie. Reagujemy natychmiast chęcią posiadania. Albo przynajmniej przymierzenia. Jeśli z jakiś względów jest dla nas niedostępna, nie znaczy, że jej nie chcemy. Rezygnujemy z niej fizycznie ( nie kupimy, trudno ), ale bywa, że śni nam się po nocach, w wyobraźni tworzymy obrazy: siebie w niej ( jak oni: siebie w niej ).Wracamy myślami, marzymy o niej ( jak oni ). Potrafimy jednak świetnie bez niej funkcjonować. Nie burzy nam to życia, zdrowia, kariery itp., itd. Akceptujemy fakt, że jest dla nas nieosiągalna. Zresztą, jesteśmy przywiązani do tej, którą mamy. Trochę schodzona, ale sprawdzona, przewidywalna, bezpieczna. Czysta analogia...
A, własnie, jednym z czynników, dla których facet NIE zdradza jest jego silna potrzeba stabilizacji wokół siebie i wygodnictwo. Ale to już osobny temat.
Moja propozycja na prezent: delikatne bransoletki z wygrawerowanym imieniem ( nie swoim, tylko "drugiej połowy" ).
A jeśli ma to być coś, co przetrwa nawet Was samych i czego zgubić tak po prostu nie można: tatuaż z imieniem. Skrajnie do bólu.