Własnie zadzwoniła kolezanka z pracy, pani po 50-tce, mówi że ją boli to jak widzi co się ze mną dzieje. Ze jestem jak ślimak, który się chowa w swojej skorupie. Że muszę coś zmienić, bo nawet jak idę, to już odpycham. Najgorsze jest to, że ciężko się otowrzyć na ludzi jeżeli nie widziało się tego w domu. Nie widziałam nigdy żeby rodzice się przytulili do siebie, mnie też nikt nie przytulał, sztuczne życzenia na święta. Nie mogę winić za to mojej mamy, taka jest, od lat. Tylko ja nie potrafię z nią nawiązać kontaktu, bo przeważnie wracając od niej płaczę-często nie wiem czemu. Może to by mi pomogło, gdybym ją zaakceptowała, czy uwierzyła, że mimo tych wszystkich słów krytyki jestem wartościową osobą. Nie umiem. Za każdym razem wszystko było źle, psułam atmosferę na święta, byłam niestosownie ubrana, moje życie nie miało sensu itp. Jak można uwierzyć w siebie i polubić samą siebie jeżeli przez tyle lat wciąż było żle?
Jestem sama, bo uciekałam ze związków, bałam się, ze będę taka jak moja mama i mój związek się rozpadnie tak jak związek moich rodziców, że jestem zimna i nie kocham kogoś tak mocno jak powinnam, więc lepiej uciec.
To, jaka jest matka, ma bardzo duży wpływ na przyszłość dziecka. Chciałabym bardzo być inna niż ona, ale nie wiem czy będę potrafiła.
Ja to się dopiero rozpisałam







