Post
autor: rysiabe » 19 cze 2009, 23:42
Muszę skracać swoje posty bo napisałam dlugi to mi wcięlo. Już po raz trzeci dzisiejszego dnia.
c.d.
W końcu jakoś wyswobodziłam się z jego objęć i usiadłam, zdjęłam buty i oznajmiłam, ze chcę rozwodu, mam pozew i zaraz idę do adwokata i chcę by się wyprowadził, najlepiej już dziś.
Zbladł, skamieniał i wybuchnął "Nigdy, przenigdy się nie zgodzę na rozwód.Żaden sędzia nie da ci w tej sytuacji rozwodu, a jeśli jakimś cudem go sobie załatwisz, to i tak pójdę za tobą.Nigdy się od ciebie nie wyprowadzę, będziesz musiała usunąć mnie siłą, a i tak wrócę, położę się na wycieraczce i będę tam spał jak pies. Niech sobie ludzie myślą, co chcą.A jak stąd uciekniesz, to i tak pójdę za tobą, wszędzie cię znajdę i też położę się tam na wycieraczce.Nie uwolnisz się ode mnie, chyba, że mnie zabijesz. Nie chcesz mnie za męża, to miej mnie za służącego, za lokaja, za mebel za psa. ale ja nie odejdę. Pójdę za tobą wszędzie jak ten pies."
Słuchałam w milczeniu, nie robiło to na mnie wrażenia, chociaż widziałam, że mówi serio.
W końcu wytoczył armatę :"Pomyśl o dziecku. Widziałaś ją? widziałaś?widziałaś jak ona wygląda?My się tu szarpiemy, a ona co temu winna?"
No i tym mnie zatrzymał, wyjęłam pozew i podarłam go na drobne kawałki.
Rzucił się z uściskami. Zastopowałam go i powiedziałam lodowatym tonem: "Zostanę z tobą, do czasu, gdy córka dorośnie, ale nigdy, przenigdy nie waż się mnie dotknąć. Jesteś dla mnie jak ten oślizły wąż. Brzydzę się tobą, brzydzę się twojego dotyku, brzydzę się twoich rąk, brzydzę się twoich pocałunków i kłamliwych, fałszywych słów.Możesz się dalej lizać z tą swoją dziwką, ale już nie ze mną.A tu masz te kartki od swojej kochanki,już mi nie będą potrzebne do rozwodu".I oddałam mu oryginały jej listów. Podarł je na strzępy, zaczął walić głową o ścianę i przysięgąć, że to nie była żadna kochanka, tylko dobra koleżanka, taka przyjaciółka od serca, a te listy pisała tak, "bo to głupia baba, ona do wszystkich tak pisze, znasz ją, ona jest głupia, ona tak sobie dla żartu pisze".
Do dziś pamiętam tę naszą rozmowę.
Wysłuchałam obojętnie i....uwierzyłam mu. Był tak przekonywujący.... To nie znaczy, że odtajałam. Nadal byłam zimna jak góra lodowa.Kazałam mu wejść do wanny i odmoczyć się z tej góry brudu, a sama zajęłam się szykowaniem obiadu.
Ale szybko odtajałam (chyba podświadomie chciałam odtajać), weszłam do łazienki zapytać czy umyć mu plecy. Ucieszył się."tak, tak, umyj mi". Usiadłam na wannie, pogłaskałam go po głowie i tak jakoś ze smutkiem powiedziałam, że wszystko wskazywało na to, że się bzykał z obcą babą.Wtedy wyznał mi, ze tak ale nie z "Marzenką" tylko z "ELą".Trzy razy ,podczas wyjazdów do Warszawy . To moja przyjaciółka ze studiów. Ach tak, bąknęłam.Nawet zażartowałam, że no, no noo...kto by pomyślał.
Wyszłam z łazienki, wyjęłam wszystkie prochy jakie były w apteczce, a było tego trochę, połknęłam i położyłam się spać.Już nie pisałam listu pożegnalnego.