to ja jestem odwrotna. moznaby napisac "kobiety, ktore kochaja zaslabo" - tylko ze takich jest chyba bardzo malo.
kiedys dawno dawno temu, dokladnie pol mojego zycia temu zaczely sie moje zwiazki z facetami i wtedy absolutnie kochalam zamocno. o tyle zamocno, ze nie potrafilam odejsc od chlopaka po roku, kiedy to urzadzal mi dzikie sceny zazdrosci i nie puszczal z kolezankami na ploty, ani po 3 kiedy czulam sie odizolowana od normalnego zycia bez niego, wytrwalam cale 5,5 do momentu kiedy zaczal mnie zdradzac z moja kolezanka, niemal jawnie i na oczach, ale nawet wtedy nie potrafilabym odejsc gdyby sam mnie nie odtracil. i DZIEKI BOGU!
niewazne ze 1,5 miesiaca pozniej chcial wracac, blagal, dzwonil. ja zrozumialam ze zaczelam odzyskiwac SAMA SIEBIE, zrozumialam co mnie meczylo i dlaczego czulam sie uduszona i ze nie chce znowu tego poswiecic. Koles blagal mnie 2 lata na miejscu i jeszcze z rok jak juz wyjechalam za granice i mieszkalam z kim innym. Do tej pory mu sie zdarza poubolewac. jestesmy kolegami zasadniczo. i bardzo dobrze.
po paru takich "probnych" zwiazeczkach znow mnie trafilo i tym razem to ja bylam mega zazdrosna. nie chcialam go puszczac beze mnie, wydzwanialam pytajac gdzie jest i kiedy wroci. jakas potwornosc. bardzo mi zalezalo a po tym swoim pierwszym "narzeczonym" zostal mi zakodowany lek ze zostane zdradzona. bez sensu. zwiazek byl sredni, przez rok odwiedzalismy sie co drugi weekend, potem ja znalazlam sobie prace TAM i zamieszkalismy razem na 2 lata. i co? to samo! ja bylam meczaca ze swoim nadmiarem milosci! prezenciki, kolacyjki ze swieczuszkami, ze mna, ze mna, ze mna. widzialam ze on jest bardziej obok niz ze mna, nie pasowalo mi wlasciwie od poczatku jego podejscie do zwiazku. ja chcialam dzieci, on za nic, ja chcialam razem na wakacje, on oddzielnie. do tego ja sama gdzies jechac to juz niedobrze, on sam - fantastycznie, przeciez jest facetem. bylam chora, czulam sie niekochana, zaczelam sie buntowac i jezdzic ale robilam wszystko zeby to trwalo. i co? on znalazl sobie inna. nie wytrzymal.
ja strasznie intensywnie i oblakanczo cierpialam ale tez strasznie szybko dochodzilam do siebie po takich rozstaniach. moze ta intensywnoscia zdobywalam te predkosc, nie wiem.
i od razu wpadalam w taka euforie, ze jestem samodzielna, sama wszystko potrafie. zajelo mnie znalezienia mieszkania, umeblowanie, przeprowadzka, wszystko moge, zapraszac gosci, wracac o ktorej mam ochote, no bosko! poznalam tyle osob, stalam sie gdzies tam podziwiana, mowili o mnie "to ta ewa, o ktorej ci opowiadalam bla bla bla", odnalazlam tyle nowych kolorow, smakow, zapachow i dzwiekow! odwiedzilam tyle miejsc! porobilam sobie tyle kontaktow! wartych trwania!
no i jak teraz to oddac komus?
od tamtej pory facetow mialam od cholery szczerze mowiac, najdluzej pol roku, bo teraz TO JA kocham zaslabo. niepotrafie sie zaangazowac tak do konca. jak facet zaczna mi ograniczac suwerennosc, to po prostu staje sie dla mnie uciazliwcem. jak nie moge pogadac z innymi, nie moge pojechac tam gdzie chcialam, musze sie zaduzo tlumaczyc - wtedy zaczynam wypracowywac do niego dystans i albo sama zrywam albo prowokuje jego do odejscia. dzieci mnie nie interesuja, bo musialabym zrezygnowac z realizacji swoich planow.
facet na stale oznacza dla mnie BALAST. facet na jedna noc nie wchodzi w rachube.
krotkie zwiazki, to to co lubie, zakrotko zeby mnie sobie podporzadkowac i wymagac, stan najwyzszej euforii, stan kwiatow, wycieczek, restauracji, gotowania dla siebie, poznawania znajomych - o tym moge napisac ksiazke.
chcecie?
i tylko ostatnio dobry znajomy (tez taki zdeklarowany singiel) zapytal mnie "Ewa, czy nie myslisz czasami, ze traktujac to wszystko tak lekko, nie tracimy czegos?"
byc moze, ale po co i KIEDY mam sie nad tym zastanawiac, skoro stale towarzysza mi znajomi, do tego dzis musze skonczyc plakat, jutro przygotowac plyty do DJki, pojutrze mam probe, za tydzien gramy koncert, potem musze posciagac i poobrabiac zdjecia, obiecalam popracowac nad nowym kawalkiem, potem musze przygotowac probki albo opis sciezki dzwiekowej wybranego filmu do szkoly, a 3 dni pozniej wybieram sie z przyjaciolka na wakacje do hiszpanii?
no f***in' way honeys!
i tylko czasem zdarzy mi sie zakochac
pozdrawiam!
