hahaha :mrgreen:
Może się jeszcze przydać, nie obcinaj może na razie

Najwyżej sam koniuszek

Wiecie, ja to lubię miasto. ostatnio leniwa jestem. Ale czasem lubię w letnie wieczory przed knajpą posiedzieć. Lubię połazić bez celu po ulicach. Lubię tę całą ciasna zabudowę, bramy, podwórka. Ilość miejsc gdzie można iść.
Najpierw się cieszyłam, że mąż nie ma ciągotek na "działeczki" i "domeczki". Szczególnie te działki sto kilometrów od miasta to była plaga. Zawsze mi się to kojarzyło z przymusem jeżdżenia (no bo się już ma) i z pozbawieniem się innej formy wypoczynku.
Potem był okres gdy miałam ochotę kawałek ziemi kupić. Albo w Bieszczadach (fajne działki były), albo pod miastem. Jakoś mąż sie chyba bał, że finansowo może być rożnie. Dotarł tez do mnie argument, że o działkę, nawet bez domu tez trzeba dbać i czas pochłania. A działka odległa od domu kłopotliwa jest. No i nie mamy działki. Czego szczerze mówiąc chyba nie żałuję. Bo dzieci się wyniosły i co? Sami z mężem w głuszy byśmy siedzieli?
A osiedla strzeżone są jakieś klaustrofobiczne. Ogrodzone. Miejsca nie za dużo (grunt przecież drogi).
A roślinki na balkonie - i owszem. Najlepiej skalniaki

Ale wino dzikie tez jakoś wytrzymuje, choć trzeba o niego trochę dbać. No i obowiązkowo dużo rukoli. I bazylii. Bo bardzo lubię. Ale to nie są kłopotliwe hodowle.