Post
autor: muflon2121 » 15 lip 2009, 10:27
Co do ras i narodowych enklaw (bo temat sie rozkrecil). Ja lubie takie enklawy. Mnie nie przeszkadzaja. Ale w moim miescie przyjezdza na zwiedzanie sporo wycieczek z Izraela, w tradycyjnych strojach, wiec wszyscy sie przyzwyczaili i na nikim nie robi to wrazenia. Z moich osobistych obserwacji wynika, ze w miare @rozkrecania@ sie w Polsce tematu zydowskiego 9muzea, Polanski , festiwale) wiele osob nagle sobie o swoim zydowskim pochodzeniu przypomina. Troche moich znajomych nawet zarabia na tym. A ja zlosliwie twierdze, ze gdyby nie zarobki, to o swoim (rzeczywistym czy domniemanym) pochodzeniu dawno by zapomnieli.
Mieszanka ras budzi moja niepochamowana ciekawosc, jak Soho z transwestytami, szalencami i innymi wariatami. Wieswz Ulli, nie mam poczucia 'wyzszej tolerancji'. Chyba kurde za stara jestem i wszystko mi wisi. Albo za poxno sie wzielam za podroze ;-) Gapie sie na nich, robilabym im chetnie foty, tylko jakos mi wstyd. Bo to tak, jakby na mnie kolorowi z aparatem polowali. Niby nie przeszkadzaloby mi to, ale jakos glupio.
Co do roli kobiet, kwefow, muzulmanow i innych. Nalezy pamietac, ze ci co tu przyjechali, to w wiekszosci biedni ludzie. Zyli tam i zyja tu w pierwszym pokoleniu tradycyjnie. Nie mnie to oceniac. To ich zwyczaje i ja to szanuje. natomiast drugie pokolenie ma potezne problemy. Z jednej strony dosc tradycyjni rodzice, z drugiej angielska luzna rzeczywistosc. To wszystko powoduje, ze w szkolach jest horror, wielka ilosc dzieci jest droga do pieniedzy i komunalnego, duzego mieszkania a anglicy maja z tym wszystkim powazny problem. Ale po prostu podzielili, jak sie wydaje, los wszytkich kolonialnych mocarstw. temat jest super ciekawy (kurde, jak ja nie chce do Polski wracac) ale az tyle czasu nie mam. Pozglebiam go z wami w Polsce. teraz sie wykapalam (corka w pracy) i jade do centrum. Do Tate Modern, na wystawe Salvadore Dali i na jeden plac, ktory mnie fascynuje.
Musze Wam jednak nadmienic o czyms co podobno tutaj wchodzi w sklad londynskiej kultury zycia.
Tym czyms jest shopping.
Londynski zakupowy raj nazywa sie Oxford Streed i8 jest rajem doslownym i tak przeogromnym, ze zwiedzanie go zajmnie normalnej kobiecie przynajmnie tydzien. Skromnie liczac.
Centrum tego raju, mekka i obowiazkowym punktem programu jest sklep o nazwie Primark. W oficjalnyvh rozmowach i na modowych forach internetowych jest on obiektem powszechnej pogardy. Prawda jest taka, e 90 proc polakow (i innych narodowosci tez, sa cale rzesze muzulmanej robiacych tam zakupy) obkupuje sie tam we wszystko , wyrzucajác formowa torbe zaraz po wyjsciu na ulice. Albo kupujac w nieodleglym sklepie Next byle drobiazg i przepakowujac wszystko do firmowej torby. Sam sklep jest ogromny. Mozna tu kupic podkoszulki we wszystkich mozliwych kolorach (kupilam mnostwo ze wzgledu na te teczowe barwy). Wygladaja na dobra jakosc a kosztuja tylko 1.5 fun5ta. Pakiet 6 par cieniutkich bawelnianych majtek - 2 funty. 5 par skarpet- grosze. Rzeczy dla niemowlakow - grosze. Moim zdaniem nie ma sie co nadymac i leciec do (tu nie bede wymianiac drogich marek, bo po co). Rzeczy codziennego uzytku sa w Primarku OK i moim zdaniem kupowanie ich gdzie indziej drozej to strata pieniedzy. Natomiast generalnie sprzedaz ciuchow wyglada troche inaczej niz u nas. Opisywany primark jest ogromny. Towaru duzo. Ale jego ogrom to nie tylko wybor towarow. Zasada jest powtarzanie stoisk z tymi samymi rzeczami w roznych punktach sklepu. Np na stoisko ze swetrami czy tymi samymi podkoszulkami trafiamy pare razy podczas przechodzenia przez sklep. Ta sama zasada obowiazuje na calej Oxford Street i innych handlowych ulicach. Nieodlegle od siebie sa sklepy tych samych marek (sieciowki jak GAP, Zara, Next czy Max i Spencer). U nas tego nie ma . W cetrach handlowych jest po jednej sieciowce. Slklepow tej samej marki nie lokoje sie w niewielkiej odleglosci. Zdaje sie, ze to wlascie miedzy innymi stad bierze sie ten tlok na 'shoppingowych' ulicach. tak troche sztucznie. Sklepow ogromna ilosc, ale marek juz mniej.
Rozczarowal mnie Max i Spencer. W Polsce ma dobra opinie. Tutaj to jeszcze jedna sieciowka. Rzeczy w wiekszosci bazowe. Troche ladnych sukienek, ale szytych kompletnie bez wyobrazni. Tylko ty widzialam cienkie letkie sukienki (ladne zreszta i chetnie bym kupila) w wszytym grubym, chamskim zamkiem, jak do zimowej kurtki. Kupilabym klasyczny swetr. Ale zrezygnowalam, jak pierwszy guzik stale wypadal z dziurki, za to drugi w dziurke nie wchodzil. A myslalam, ze to klasyczna ang. marka.
Zary, H-M-y i inne popularne u nas. Tutaj ich sklepy sa jakby mniejsze. Rzeczy, przeliczajac na polska kase, oczywiscie, lepiej kupic w Polsce. Taniej. Pewnie sie dostosowuja do lokalnych zarobkow.
Tyle dziewczyny, bo musze plan metra zglebic i ruszyc sie z domu. Trzymajcie sie