Strona 1 z 24

ROZWÓD - jak to przeżyć....?

: 28 sty 2006, 18:38
autor: ruta25
Od jakiegoś czasu zastanawiałam się czy napisać o tych bardzo osobistych i bolesnych sprawach...Niestety moje małżeństwo się nie udało..nie ma czego ratować, z wielu powodów... Proszę o rady te z Was, które mają tę traumę za sobą...Jak się nie dać, jak zacząć życie od nowa..gdy brak nadzieji na wszystko..gdy brak juz sił na bezsensowny płacz...gdy ma się najkochańsze na świecie dziecko....

: 28 sty 2006, 18:50
autor: Kamila
ruta25, przykro mi, ale ja ci nie pomoge, choc bylam rozwodka :? Chociazby z jednego powodu - ja chcialam tego rozwodu oraz ja zlozylam pozew, nie mialam z tym faktem zadnych trudnych i bolesnych przejsc :roll: :)

: 28 sty 2006, 19:02
autor: Samanthii
Bardzo trudny temat-wspolczuje Ruta :( i nic wiecej nie napisze,bo jestem teraz z mezem i nie planuje rozwodu...

Czasami jest ciezko i nie wykluczam,iz moze nadejsc koniec... :? ...narazie jest jak jest i nie chce tego zmieniac.http://www.beautywpolsce.com/forum/imag ... 48Bolt.gif

: 28 sty 2006, 19:32
autor: shilo
Ruta bardzo wspolczuje ! Ja przezylam takie rozstanie i choc nie mialam obraczki na palcu to po 7 latach zwiazku czulam sie jak typowa zona. Nie mielismy dzieci. W twoim przypadku musisz byc dzielna bo masz dla kogo zyc, dziecko potrzebuje matki, nie moze widziec twojego cierpienia i rozpaczy. Dasz sobie rade!!! Nie zamykaj sie w sobie, rozwod to nie wstyd i lepiej sie rozstac niz trwac w nieszczesliwym zwiazku! Gdzies napewno czeka mna ciebie ten wlasciwy facet! Trzymaj sie cieplutko!!!!

: 28 sty 2006, 19:40
autor: AnitaS
ruta, sama wychowuje 8 letniego synka, z jego ojcem mi nie wyszlo. Poradzisz sobie, samotnośc nie oznacza cierpienie, pomysl o wolności, o sobie o dziecku, wszystko jeszcze przed nami.

: 28 sty 2006, 19:53
autor: lynn25
Ruta bardzo mi przykro również...
Nie udzielam się zbyt często na forum,ale przeszłam rozwód...
Od 21.XII.2005 roku jestem rozwódką.
Wcześniej przez pół roku byliśmy w separacji.
Nie mieliśmy dziecka.Nasze małżeństwo trwało niespełna 3 lata.Kochałam eks-męża nad życie,i choć nigdy nie było różowo,wiem,że ja ze swojej strony zrobiłam wszystko,zeby to małżeństwo uratować.Były chwilowe separacje...wizyty u psychoterapeuty...ingerenacje rodziny i przyjaciól...setki godzin rozmów...błagań z mojej strony i nic!!! "Do tanga trzeba dwojga" a mój mąż nie chciał uratować naszego związku.
Winił mnie za jego rozpad,podkreślając jaki On był biedny.A prawda była taka,ze miał inną kobiete,z którą jest obecnie i dlatego odrzucał wszelkie możliwości naprawy naszego małżeństwa...po prostu nie chciał.
Przeżyłam to strasznie...trauma!!!!!!!!
Pomogli mi przyjaciele i rodzina.
Gdy nie miałam już siły płakać i użalać się nad sobą,gdy brakło łez...wzięłam się w garść, zmieniłam pracę, swoje podejście do życia i siebie...
Miałam już dość czekania,aż on znudzi się obecną zdobyczą i wróci...miałam dość czekania czy w ogóle wróci...
W końcu pozew złożyłam ja. Rozwód dostaliśmy szybko i bezproblemowo.

A ja teraz odżyłam. Mam przyjaciół i pracę. Nie jestem juz wiecznie umęczoną i udręczoną kobietą.
Myslę,że tak chyba musiało być...
A "co nas nie zabije to nas wzmocni"

trzymam kciuki za Ciebię ruta...
Wiem,że to trudne i niemiłe przeżycie,ale czasami to chyba najlepsze wyjście,gdy te wszystkie inne zawodzą...

: 28 sty 2006, 20:02
autor: Tatiana
Ruta, ja tez jestem od dwoch lat po rozwodzie , ale moje malzenstwo skonczylo sie bardzo dawno temu...( nie zluje)
mam syna, dla ktorego warto bylo wziac sie w garsc i nie poddac. teraz ulozylam sobie zycie na nowo. Znalazlam najwspanialszego czlowieka na swiecie. jest nam cudownie i za zadne skarby swiata nie chcialabym cofnac czasu.
Chociaz na poczatku, kiedy moje malzenstwo rozpadalo sie, wiele nocy przeplakalam i zadawalam sobie pytanie dlaczego akurat mnie to spotkalo. Pozniej bylo juz lzej, zaczelam zyc na szybszych obrotach i staralam sie nie myslec o tym co bylo. Powiem Ci tylko jedno: WSZYSTKO MOZNA PRZEZYC, UWIERZ MI....

: 28 sty 2006, 20:15
autor: szpaczek
Ubieglas mnie w zalozeniu tego tematu.Wlasnie jestem (jakie wlasnie od ponad 2 lat) w temacie.U mnie dokladnie odwrotnie to ja mialam dosyc mojego meza nieudacznika, winiacego mnie za wszystkie nieszczescia tego swiata, i odeszlam 2.5 roku temu.Niestety zrobilam to zbyt pozno ze zwyklego tchorzostwa (bo kto zechce kobiete z dzieckiem, lepiej trzymac sie tego co jest)i przez to teraz mam niezly problem bo eks paskudne chce rozwodu z mojej winy(odeszlam bo mialam "alternatywe")nie moge sie zgodzic jednak na takie rozwiazanie bo on nie pracuje i pacowal nie bedzie(to zbyt meczace dla niego) a ja chce wreszcie otworzyc swoj gabinet i nie moge bo pan leniuch lape na kasie polozy jezeli bedzie orzeczona moja wina(moze sie ubiegac o alimenty bo teoretycznie jego sytuacja materialna pogorszyla sie po rozwodzie)Mam juz tego dosyc i nie wiem co mam robic.

: 28 sty 2006, 20:42
autor: megi
lynn25 pisze:Ruta bardzo mi przykro również...
Nie udzielam się zbyt często na forum,ale przeszłam rozwód...
Od 21.XII.2005 roku jestem rozwódką.
Wcześniej przez pół roku byliśmy w separacji.
Nie mieliśmy dziecka.Nasze małżeństwo trwało niespełna 3 lata.Kochałam eks-męża nad życie,i choć nigdy nie było różowo,wiem,że ja ze swojej strony zrobiłam wszystko,zeby to małżeństwo uratować.Były chwilowe separacje...wizyty u psychoterapeuty...ingerenacje rodziny i przyjaciól...setki godzin rozmów...błagań z mojej strony i nic!!! "Do tanga trzeba dwojga" a mój mąż nie chciał uratować naszego związku.
Winił mnie za jego rozpad,podkreślając jaki On był biedny.A prawda była taka,ze miał inną kobiete,z którą jest obecnie i dlatego odrzucał wszelkie możliwości naprawy naszego małżeństwa...po prostu nie chciał.
Przeżyłam to strasznie...trauma!!!!!!!!
Pomogli mi przyjaciele i rodzina.
Gdy nie miałam już siły płakać i użalać się nad sobą,gdy brakło łez...wzięłam się w garść, zmieniłam pracę, swoje podejście do życia i siebie...
Miałam już dość czekania,aż on znudzi się obecną zdobyczą i wróci...miałam dość czekania czy w ogóle wróci...
W końcu pozew złożyłam ja. Rozwód dostaliśmy szybko i bezproblemowo.

A ja teraz odżyłam. Mam przyjaciół i pracę. Nie jestem juz wiecznie umęczoną i udręczoną kobietą.
Myslę,że tak chyba musiało być...
A "co nas nie zabije to nas wzmocni"

trzymam kciuki za Ciebię ruta...
Wiem,że to trudne i niemiłe przeżycie,ale czasami to chyba najlepsze wyjście,gdy te wszystkie inne zawodzą...
Lynn 25,

bardzo współczuję i podziwiam Ciebie

: 28 sty 2006, 20:43
autor: lynn25
dzięki Megi :)
Aż mi lżej i lepiej jak się Wam poużalałam troszkę...