Post
autor: Michitka » 25 paź 2007, 12:44
>Droga Matulu, Drogi Tatku!
>Dobrze mi tu. Mam nadzieję, że Wy, wujek Józek, ciotka Lusia, wujek
>Antoś,
>ciotka Hela, wujek Franek, ciotka Basia, wujek Rysiek oraz Heniek,
>Stefan,
>Garbaty Bronek, Mańcia, Rózia, Kachna, Stefa, Wandzia ze swoim
>Zenkiem i mój
>Zdzisiek też zdrowi.
>Powiedzcie wszystkim, że to całe wojsko to super sprawa. Nasze
>Rokicice
>Górne się nie umywajo. Niech szybko przyjeżdżajo i się zapisujo,
>póki som
>jeszcze wolne miejsca.
>Najpierw było mi troche głupio, bo trza się w wyrku do 6-tej
>wylegiwać, że
>aż nieprzyzwoicie człowiekowi... Żadnych bydląt karmić, doić, gnoju
>wywozić,
>ognia w piecu rozpalać... Powiedzcie Heńkowi i Stafanowi, że trza
>tylko
>swoje łóżko zaścielić ( można się przyzwyczaić ) i parę rzeczy
>przed
>śniadaniem wypolerować.
>Wszystkie facety muszo się tu codziennie golić, co nie jest jednak
>takie
>straszne, bo -uwaga- jest ciepła woda. Zawsze i o każdy porze!
>Powiedzcie mojemu Zdziśkowi, że jedynie śniadania dajo tu trochę
>śmieszne,
>nazywajo je europejskim. Oj cinko się musi w tej Europie prząść,
>cinko...
>Jedno jajeczko, parę plasterków szynki i serka. Do tego jakieś
>ziarenka, co
>to by ich nawet nasze kury nie ruszyły, z mlikiem. Żadnych
>kartofli,
>słoniny, ani nawet zacierki na mliku!
>Na szczęście chleba można brać ile dusza zapragnie.( Koledzy
>przezywajo mnie
>od tego Bochenek...) Na obiad to już nie ma problemów. Co prowda
>porcje jak
>dle dzieci w przedszkolu, ale miastowe to albo mało jedzo, albo
>mięsa wcale
>nie tkną... Chore to jakieś czy co..? Tak więc wszystko czego nie
>zjedzo
>przynoszą do mnie i jest dobrze.
>Te miastowe to w ogóle dziwne jakieś som...Biegać to to nie
>potrafi. Bić się
>też nie...
>Mamy tu takie biegi z ekwipunkiem. No tak jak u nas co ranek, ino
>nie z
>wiadrami. Krótkie takie. Jak z naszy remizy do kościoła w
>Rokicicach
>Dolnych. Po dobiegnięciu na miejsce to miastowe tylko gały
>wybałuszajo i
>dyszo jak parowozy. Nie wiadomo dlaczego ale wymiotujo przy tym, i
>to
>czasami z krwią. Po 5-ciu kilometrach i to jeszcze w maskach
>ochronnych! A
>potem to trzeba ich z powrotem do koszar ciężarówkami zawozić, bo
>się już do
>niczego nie nadajo.
>Na ćwiczeniach z walki wręcz to lekko takiego ściśniesz ...i już
>ręka
>złamana! To pewnie z ty kawy co ją litrami chlejo, i przez to
>mięso, co go
>to nie jedzo...! Najsilniejszy jest u nas taki Kozłowski z Rembowic
>koło
>Gałdowa, potem ja. No, ale un ma 2 metry i pewnie ze 120 kg, a ja 1,66 m i
>chyba z 72 kg...bo trochę mi się łostatnio od tego wojskowego jedzenia
>przytyło..
>A teraz uwaga, będzie najśmieszniejsze! Koniecznie powiedzcie o tym
>wujkowi
>Ryśkowi, Garbatemu Bronkowi i mojemu Zdziśkowi. Mam już pierwsze
>odznaczenie
>za strzelanie!!! A tak mówiąc szczerze, to nie wiem za co... Ten
>czarny łeb
>na tej ich tarczy wielki jak u byka. I wcale się nie rusza jak te
>nasze
>dziki i zające. Ani nikt nie strzela do ciebie nazad, jak to u nas
>bracia
>Bylakowie, z tych ichniejszych dubeltówek.
>Naboje - marzenie...i w dodatku nie trzeba ich samemu robić!
>Wystarczy wziąć
>te ich nowiutkie giwery, załadować, i każdy co nie ślepy trafia bez
>celowania!
>Nasz kapral to podobny do naszej belferki Gorcowej z Rokicic. Gada,
>wrzeszczy, denerwuje się, a i tak nie wiadomo o co mu chodzi.
>Trochę się z
>początku na mnie zawziął i kazał biegać w samym podkoszulku, w
>deszczu, po
>placu apelowym. Dostał jednak raz ode mnie szklankę tego samogonu
>od wujka
>Franka i go o mało szlag nie trafił. Ganiał potem cały czerwony na
>pysku po
>tym samym placu, a potem przez pół dnia nie wychodził z kibla.
>Kazał mi
>następnego dnia rano butelkę tego frankowego samogonu do samego dna
>wypić.
>Na raz. No i co? I nic! Normalny samogon, taki jaki znam od
>dziecka. Kapral
>znowu wybałuszył gały, a tera ciągle gapi się na mnie podejrzliwie,
>ale mam
>już święty spokój.
>Powiedzcie wszystkim, że to całe wojsko to super sprawa. Niech
>szybko
>przyjeżdżają i się zapisują, póki są jeszcze wolne miejsca.
>Całuję Was wszystkich mocno ( a szczególnie mojego Zdziśka )
>Wasza córka Marysia
>>Do księdza zgłosiła się kobieta, która chciała wyjść za mąż, ale miała
>>już trzech mężów...
>>- No cóż, proszę pani, w tej sytuacji, w świetle prawa kanonicznego,
>>sama pani rozumie, nie mogę udzielić pani ślubu...
>>- Ależ, proszę księdza - kobieta na to - mimo to cały czas jestem...
>>hm... niewinna.
>>- Jak to?
>>- To długa historia. Opowiem księdzu. Mój pierwszy mąż... No cóż,
>>wyszłam za niego na prośbę mego ojca. Antoni był uroczym człowiekiem,
>>bardzo dobrym i poczciwym. Tylko, cóż, miał już 82 lata, już nie był w
>>stanie uszczęśliwić mnie inaczej jak tylko swą dobrocią. Dałam biedakowi
>>tylko pięć miesięcy szczęścia...
>>- Hm, tak, rozumiem. Niezbadane są wyroki Boskie...
>>- Drugi mąż z kolei byl młodym, zabójczo przystojnym oficerem policji.
>>Wykształcony, wysportowany, znał języki, świetnie sie zapowiadał, awans
>>miał w kieszeni. Ale miał pecha. Jako prezent ślubny dostał od kolegów
>>motor. Chciał sie przejechać. Mokre liście na drodze, drzewo, złamana
>>podstawa czaszki, rozległe obrażenia wewnętrzne. Mój kochany Artur,
>>przynajmniej nie cierpiał.
>>- Tak, rozumiem. Serdecznie pani współczuję. A trzeci mąż? Jak długo
>>trwało pożycie?
>>- Och, dziesięć lat.
>>- Dziesięć lat?! I mówi pani, że przez cały ten czas...?
>>- Ani razu. Wie ksiądz, on był z PIS. Co wtorek wieczorem przychodził do
>>mego łózka, siadał na brzegu i przez długie godziny opowiadał, jak
>>będzie fantastycznie, kiedy się weźmie do rzeczy...
Przeznaczenie oddaje kobietę pierwszemu. Przypadek - najlepszemu. Wybór - pierwszemu lepszemu...